To Asia with love

Mój dzisiejszy rozmówca, jak większość mężczyzn w jego wieku interesuje się sportem, studiuje, lubi czytać i dobrze zjeść. Jednak tym, co wyróżnia tego 23-letniego chłopaka spośród innych, jest determinacja i lekkość z jaką spełnia swoje marzenia. Wiktor, obecnie student V roku ekonomii, odbył prawie roczne praktyki w Kuala Lumpur, stolicy Malezji. Doświadczył w tym czasie wielu niesamowitych przygód, o których miałam przyjemność posłuchać podczas długiej i wciągającej rozmowy. Zapraszam Was do przeczytania wyczerpującego wywiadu z miłośnikiem Azji, obiecującym podróżnikiem i zdobywcą wulkanów, Wiktorem Jaszczakiem.

Trudno było przekonać do tego pomysłu rodziców? Do praktyk „na końcu świata”?

Nie przekonywałem, po prostu podjąłem decyzję, a oni się z tym faktem oswajali. Choć nie prosiłem o pozwolenie, bardzo mi pomogli i jestem im ogromnie za to wdzięczny.

W jednym z wcześniej udzielonych wywiadów opowiadałeś o tym, że osobą, która zainspirowała się do podróży była postać fikcyjna, bohater cyklu książek Alfreda Szklarskiego. Tomek za swój pierwszy cel obrał jednak Australię. Co takiego się stało, że wybrałeś Azję?

Generalnie zależało mi na tym, aby pojechać gdzieś daleko. Zanim znalazłem się w Azji, starałem się o stypendium w Stanach. Kiedy ten pomysł nie wypalił, zainteresowałem się praktykami. Aplikowałem o praktyki w firmie mającej siedzibę w Hong Kongu, w Chinach, Makao, do dwóch w Malezji, ale też w Australii. Można więc powiedzieć, że próbowałem pójść śladami Tomka.

Dużo czasu spędziłeś w Kuala Lampur. Mógłbyś opowiedzieć jak wyglądało życie w tym mieście?

W Kuala Lampur byłem 9 miesięcy z przerwami na różne wypady i mogę powiedzieć, że było to życie w wielkim mieście, w dosłownym tego słowa znaczeniu. W samej Malezji są trzy grupy etniczne: Chińczycy, Malajowie i Hindusi. Ten podział widać wszędzie, na przykład na każdym rogu znajduje się odpowiednio jedna chińska, malajska i hinduska restauracja. Mieszkałem w wieżowcu na 21. piętrze, a z okien swojego mieszkania widziałem Petronas Towers – niesamowity widok. Każdego dnia poświęcałem 25 min na dojazd do biura, mimo że znajdowało się ono 2,5km od mojego lokum.  Docierałem tam aż trzema środkami transportu: taksówką, metrem nadziemnym i autobusem. Chociaż autostrad jest chyba więcej niż w całej Polsce, to komunikacja miejska jest słabo rozwinięta.

Ciężko było się odnaleźć ?

Na początku tak, zwłaszcza w pracy. W mojej firmie byłem jedynym obcokrajowcem. Często moja rola sprowadzała się do bycia „białą twarzą”. Po pewnym czasie można zrozumieć, kiedy ludzie rozmawiają o Tobie. Oprócz ciekawskich spojrzeń, są takie uniwersalne zwroty, które mówią o białym człowieku. Powiedzmy, że jest to coś z pogranicza ciekawostki w zoo, a gwiazdy Hollywood. Ludzie różnie na to reagują: niektórzy chcą Ci zrobić zdjęcie, inni wytykają palcami, ponieważ nie mają śmiałości podejść… Nie jest to przyjemne. W centrum miasta widok kogoś białego wcale już nie dziwi, jednak na przedmieściach jest jak jest.

A co z pracodawcą?

Pracowałem u Chińczyków. Jeden z moich wykładowców śmiał się kiedyś, że nastały takie czasy, że albo będziemy pracować dla Chińczyków, albo dla Arabów. Ja już wiem, że dla Chińczyków nie chcę, ale z Arabami podobno jeszcze gorzej… Chińczycy są bardzo dobrze wykształceni. Mimo dyskryminacji rasowej prężnie rozwijają swoje interesy w Malezji i robią naprawdę duże pieniądze. Są bardzo zorientowani na zysk i czasem rozmija się to z jakąś etyką w pracy.

Ile kosztuje życie w Kuala Lumpur?

Życie kosztuje tyle, co w Warszawie. Mimo, że taksówki są bardzo tanie, to jak mówiłem wcześniej komunikacja miejska jest słabo rozwinięta. Praktycznie nie ma stałych rozkładów jazdy, a nawet jeśli jakiś autobus jedzie, to niekoniecznie zatrzyma się na Twoim przystanku. Do części miasta w ogóle nie da się dojechać autobusem czy metrem. Taksówki mimo że tanie, to trzeba brać je często. Obliczyłem, że na transport wydawałem 300 złotych miesięcznie (1 ringgit malezyjski ≈ 1 zł), kiedy w Warszawie studencki bilet miesięczny kosztuje 50 złotych. Z drugiej jednak strony bardzo mało pieniędzy wydaje się na jedzenie, dlatego stołowałem się na mieście: czy to na ulicy, gdzie jest najlepsze jedzenie, czy też w małej, lepszej restauracji. Kiedy wydawałem 10 złotych, to miałem wyrzuty sumienia, że za bardzo zaszalałem.

Jak wyglądało nocne życie w tym wielkim mieście?

W Malezji wyjście do klubu wiąże się z kosztami. Przykładowo małe piwo w Kuala Lampur, w imprezowej dzielnicy to koszt 15-20 złotych, rzadko można więc było sobie na to pozwolić. Często wspólnie ze znajomymi organizowaliśmy własne imprezy. Najlepiej wspominam rooftop party na dachu 38. piętrowego wieżowca w centrum miasta, na którym znajdował się ogródek. To właśnie tam często się bawiliśmy. Polecam. Mieliśmy też pool party. Raz nawet zrobiliśmy imprezę w dżungli, w takich jakby chatkach.

Wiadomo, że w różnych regionach świata Polacy są inaczej odbierani. Co na nasz temat sądzi się w Malezji?

Często chodziłem w koszulce z napisem „Polska”. Ludzie mnie wtedy zaczepiali i wykrzykiwali takie nazwiska jak Wałęsa, Boniek, Lato… Pamiętali nasze sukcesy i co ciekawe Malezja jest krajem, gdzie Polska uznawana jest jeszcze za potęgę piłkarską. Udzieliłem nawet wywiadu dla Malezyjskiej stacji telewizyjnej Astro Sports, która transmitowała wszystkie mecze Euro 2012. Miasteczko kibica zostało zorganizowane w Ambasadzie RP w Kuala Lumpur, gdzie jeden z międzynarodowych producentów piwa zapewnił nam napoje. Przed rozpoczęciem meczu dziennikarz poprosił mnie o udzielenie wywiadu, w którym powiedziałem, że możemy w tym turnieju zajść daleko (nawet do półfinału). Teraz już wiemy, że skompromitowałem się nie mniej niż polscy piłkarze. (śmiech) 

Słyszałam o Twojej pasji do gór. Skąd ona się wzięła?

Ciężko wytłumaczyć. Do pewnego momentu w ogóle nie jeździłem po górach. Potem, kiedy już się zainteresowałem to na całego. Jeszcze przed wyjazdem do Malezji, wraz z kolegami udałem się do Norwegii. Odbyliśmy tam wspinaczkę trekkingową i wspięliśmy się na Pulpit Rock. W Malezji, gdzie wspinałem się częściej, zdobyłem szczyt o wysokości 1500 m n.p.m.  Następnie sporządziłem listę indonezyjskich wulkanów i postanowiłem, że muszę wejść na ten najwyższy.

I wspiąłeś się na Gunung Kerinci. Czy taki wulkan, zwłaszcza czynny, zdobywa się tak samo jak szczyt górski?

Czy tak samo? Na pewno trzeba wziąć śpiwór i namiot. Nocowaliśmy na poziomie 3400 m n.p.m., a w nocy dookoła nas szalała burza. Samą wspinaczkę zaczyna się już z dużej wysokości, w tym przypadku z 1600 metrów. Odchodzi jeden problem, bo nie ma już pijawek.

Pijawek?!

Tak, pijawek. Pojawiają się na niższych szczytach.  Moja wcześniejsza wspinaczka, mimo, że nie prowadziła na jakiś wysoki szczyt, to zajmowała 4 godziny w jedną stronę, po części dlatego, że droga była kręta, ale głównym problemem były pijawki. Jeśli nie masz specjalnych skarpet do kolan, to można nałapać sporo tych „gości”. Mój szef, który wybrał się w trekkingowych sandałach, naliczył 22 pijawki na obu łydkach.

Rozumiem, że przed wyjazdem szczepiłeś się przed różnymi egzotycznymi chorobami.

Miałem standardowe szczepienia, które kiedyś robiło się w szkole: na tężca, dur brzuszny itp.  Wyrobienie żółtej książeczki szczepień, jest jednym z wymogów, jakie trzeba spełnić, aby dostać wizę pracowniczą.

Jacy są Indonezyjczycy?

Miałem taką jedną przygodę na indonezyjskim Titanicu: był to wielki prom, który mieścił ok. 2 tys. pasażerów. Kupiłem najtańszy bilet i spałem w pomieszczeniu, w którym znajdowały się okienka o średnicy 15 cm,  zero wentylacji, a oni wszyscy tam kopcili jak kominy. Oczywiście byłem jedynym białym człowiekiem pośród 2 tys. miejscowych. W takiej sytuacji człowiek zaczyna bać się własnego cienia. Indonezyjczycy, mimo że są bardzo życzliwi i szczerze cieszą się na widok białego, to potrafią go w pewien sposób osaczyć. Określiłbym ich nawet jako nachalnych. Takie miałem wrażenie, kiedy minęło kilka dni od mojego przyjazdu i opadły pierwsze emocje po przybyciu na nowe miejsce. Początkowo tolerujesz to, jednak z czasem takie sytuacje zaczynają człowieka denerwować.

Malezja, Indonezja, Birma, Singapur, Iran, jeszcze Rumunia i Serbia. Pominęłam coś?

Serbia, Rumunia, Węgry – to już w tym roku. Oprócz tego były jeszcze takie wypady weekendowe np. do Belgradu. Malezja, Tajlandia, Indonezja, Singapur, Birma… Turcję i Iran „zaliczyłem” w drodze powrotnej.

Czemu właśnie te miejsca? Są one częścią jakiegoś większego planu, czy może ich wybór był zupełnie spontaniczny?

Kiedy byłem w Malezji podróżowałem do pobliskich miejsc takich jak Tajlandia, Singapur. Miałem kolegę, który interesował się właśnie Indonezją i to on kładł mi do głowy te wszystkie ciekawe miejsca, jakie można tam zobaczyć, więc dałem się namówić. Nie było to trudne, ponieważ loty z Malezji do Indonezji są bardzo tanie. Zawsze chciałem jechać do Birmy, dlatego kiedy mój wyjazd do Malezji był pewny, to bez zastanowienia, pół roku przed wylotem, zarezerwowałem bilet również tam.

Ze wszystkich odwiedzonych przez Ciebie miejsc najbardziej zaintrygował mnie Iran.

Poznałem wielu Irańczyków, którzy w Malezji szukają schronienia przed reżimem, podejmują studia. Są to dwa kraje muzułmańskie, które łączą przyjazne regulacje imigracyjne. W ten sposób Malezja stała się krajem z największą imigracją Irańczyków, którzy zarazili mnie swoją energią. Słyszałem od nich wiele wspaniałego o Iranie. Poza tym im trudniej, tym ciekawiej.

I było trudno?

Z tym właśnie wiąże się kolejna ciekawa historia. Kupiłem lot przez AirAsia, która oferowała wtedy bardzo tanie loty do Teheranu. Bilet kupiłem w poniedziałek, a w czwartek firma odwołała wszystkie loty do Iranu ze względu na panującą tam sytuację polityczną i ekonomiczną. Zostałem bez biletu, ale też bez kasy, bo zwrot dokonywany był w przeciągu dwóch miesięcy. Uruchomiłem wtedy gorącą linię do taty, ponieważ musiałem kupić nowy bilet i tym razem kupiłem go już do Turcji. Do Iranu udałem się po paru dniach pobytu w Stambule. Wybierając tańszą wersję transportu z Turcji do Iranu, zamiast lotu samolotem, zdecydowałem się na podróż autobusem, która trwała  42 godziny. Na samej granicy spędziliśmy aż 6 godzin, ponieważ nasi kierowcy przemycali jakieś części samochodowe, jakieś stopy metali… Jak już przeszliśmy przez kontrolę, kierowcy autobusu postanowili wysadzić nas 20 km za granicą, na totalnym pustkowiu, pośrodku jakiegoś ronda, gdzie podjechać miał po nas kolejny bus. Oczywiście znów byłem jedynym obcokrajowcem, ale zaopiekował się mną Irańczyk poznany podczas podróży. On z kolei przemycał czasopisma modowe z Turcji, takie jak Elle, Vogue. Do Iranu nie można wjeżdżać z żadnym wizerunkiem kobiet, które naruszałyby zasady „twardego” Islamu. Ja miałem czasopismo turystyczne Kontynenty, które strażnicy strona po stronie sprawdzali, czy nie posiada żadnych niepoprawnych treści. Mój kolega natomiast chował je za plecami, co z boku wyglądało strasznie komicznie. Poza tym Iran nie jest turystycznym państwem. Co roku odwiedza go może 20 tys. turystów –  na taki duży kraj, to naprawdę niewiele. Jednak mimo tych niesprzyjających okoliczności czułem się naprawdę bezpiecznie. Ciekawe jest, że ludzie w Iranie nie rozpoznawali mnie jako obcokrajowca. Podobno nawet wyglądam jak Irańczyk. (śmiech)

Dużo czasu spędziłeś wśród Irańczyków?

Planowałem spędzić tam 12 dni. Miałem kupiony bilet powrotny z Tibilisi do Warszawy, ale po krótkim czasie stwierdziłem, że nie chce jeszcze wyjeżdżać i zostałem na 3 tygodnie. Zafascynował mnie Iran, kultura Persów, ludzie, których poznałem. Irańczycy są bardzo życzliwymi i rozrywkowymi ludźmi. Często myśli się o nich, że nie piją alkoholu, co jest nieprawdą. Generalnie mimo prohibicji codziennie byłem częstowany alkoholem domowej roboty i takim przemycanym z Armenii, Iranu, czy Afganistanu. To brzmi zupełnie absurdalnie.

Czy trudno jest dostać wizę?

Nie. Nie wiem dokładnie jak ta sprawa wygląda teraz, ponieważ po dojściu Hasana Rauhaniego zapanowała odwilż polityczna i może te stosunki troszkę się unormują, jednak proces jest pewnie taki sam. Generalnie o wizę można ubiegać się na kilka sposobów. Jednym z nich jest visa on arrival na kilku lotniskach, natomiast jest to dość ryzykowne przedsięwzięcie. Można aplikować przez Ambasadę, ale wtedy trwa to zdecydowanie dłużej. Najrozsądniejszą i najszybszą formą jest aplikacja przez agencję turystyczną, tak jak było w moim przypadku. Wielu ludzi wyrabia sobie wizę w Turcji, gdzie wydawana jest ona od ręki, a procedura zajmuje kilka godzin.

Zawsze podróżujesz sam?

Generalnie tak. W Birmie byłem sam, w Iranie byłem sam… W Turcji odwiedzałem kolegę, ale nie było go przez część mojego pobytu. Do Malezji leciałem sam, do Tajlandii, Indonezji. Na wulkan też wybierałem się sam. Na Borneo gościł mnie Polak przez CS, to były bardzo fajne 5 dni.

Które z tych miejsc najlepiej wspominasz?

Niewątpliwie Iran. Byłem na pustyni i w Persepolis – to były zdecydowanie najfajniejsze miejsca. Oprócz tego Indonezja i wulkan. W drodze na Wyspy Togian zahaczyliśmy o zachodnią część Sulawesi. Byliśmy tam w górach które nazywają się Tana Toraja. Całe życie miejscowej enklawy chrześcijańskiej sprowadza się do osobliwej ceremonii pochówku zmarłych. Chociaż naoglądałem się wiele czaszek i kości, to nie mieliśmy szczęścia zobaczyć samego ceremoniału. Wracając do Wysp Togian… jest to zdecydowanie najpiękniejsze miejsce, jakie widziałem: krystaliczna woda, płaszczki. Jeden z moich współtowarzyszy łowił ryby za pomocą kuszy. Później jedliśmy je na kolację. Pływałem z meduzami w lagunie, podziwiałem rafę koralową. Na pewno chciałbym tam kiedyś wrócić.

A czy wyobrażenie o którymś z widzianych przez Ciebie miejsc rozminęło się z rzeczywistością? Rozczarowało?

Nie chciałbym powiedzieć, że się rozczarowałem, ale spodziewałem się trochę więcej po Birmie. Prawda jest taka, że nie miałem za wiele czasu i pojechałem w najbardziej oblegane miejsca.

Jest takie miejsce na Ziemi, które spędza Ci sen z powiek? Które koniecznie chciałbyś zobaczyć?

Nie mam jednego. Mógłbym Ci powiedzieć, że chciałbym się wspiąć na Mount Everest, co jest prawdą. Natomiast chciałbym jeszcze wrócić do Indonezji, zrobić kurs nurkowania. Na pewno jest jeszcze wiele wulkanów do zdobycia. (śmiech) Chciałbym też spróbować wspinaczki lodowcowej, spędzić więcej czasu na pustyni. Jest jeszcze tyle miejsc w Azji, w których nie byłem. Z drugiej strony, jak obrócisz globus jest Ameryka Południowa. W Europie też jest wiele fajnych miejsc, np. delta Dunaju w Rumunii albo Karpaty… Już nie chodzi nawet o to, aby jechać gdzieś daleko, ale o ten dreszczyk emocji, napięcie związane z pakowaniem się i uczucie, że zmienia się miejsce na jakiś czas, nawet na kilka dni.

Wiele osób słysząc historie, takie jak Twoja reaguje zazwyczaj w podobny sposób: przez krótką chwilę czuje pragnienie przeżycia podobnej przygody, jednak to uczucie szybko mija. Jak myślisz, dlaczego tak jest?

Dużo ludzi mówi: Wow, ale fajnie! Też bym tak chciał, ale chwilę później stwierdzają, że nie zdecydowaliby się na to. Mówią „fajnie”, bo podróże to nośny temat, który ciekawi. Trzeba brać pod uwagę fakt, że nie wszyscy chcą podróżować i wiele osób czuje się jednak najlepiej we własnym domu. Podróż kojarzy się z wieloma niewygodami, ale zamiast myśleć o tym przed podróżą , trzeba nastawić się na pozytywne myślenie, np. o tym, co można zobaczyć.

To znaczy, że Polacy są domatorami?

Nie. Według mnie Polacy są najlepszymi podróżnikami. Są wszędzie, gdzie tylko można być. Spotkałem Polaków w Iranie, gdy jechaliśmy do Persepolis. Spotkałem ich też w Birmie, gdzie razem świętowaliśmy Dzień Niepodległości 11. listopada. W Malezji poznałem chłopaka z Polski, który do Kuala Lampur przyjechał na rowerze i kontynuował swoją podróż aż do Nowej Zelandii. Jeżeli miałbym pomyśleć o największym podróżniku, jakiego znam, byłby to właśnie Przemek. Widać więc wyraźnie, że Polacy nie mają się czego wstydzić, są naprawdę hardcorowi! Może nie podróżują w takich ilościach jak Niemcy, czy Holendrzy, którzy po prostu mają więcej kasy, ale lepiej sobie w tych podróżach radzą. Jesteśmy bardziej kreatywni, bardziej otwarci. Nie pchamy się na masową turystykę, natomiast potrafimy znaleźć wiele ciekawych, alternatywnych miejsc i zakątków. Podczas swoich podróży nasłuchałem się wielu pozytywnych opinii o polskich podróżnikach.

Chciałabym podziękować Wiktorowi za rozmowę, która była dla mnie cennym doświadczeniem, ale też pierwszym prawdziwym wywiadem. Czy wypadł on dobrze, czy źle – ocenę pozostawiam Wam 😉 Tych z Was, których wywiad w mniejszym, czy większym stopniu zainspirował do podróży, odsyłam do stron, na których uzyskacie wiele ciekawych informacji na temat wyżej wymienionych miejsc:

http://mandalay.pl/

http://www.koniecswiata.net/index.php?id=62

Jumpa anda di sana! ( Do zobaczenia!)

Zdjęcia umieszczone w powyższym wpisie są własnością Wiktora Jaszczaka i zostały udostępnione globtroterka.wordpress.com tylko i wyłącznie na potrzeby wywiadu. Autor zastrzega sobie prawo do kopiowania, powielania i rozpowszechniania ich bez jego zgody.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s